Wielki Mały Świat czyli Small World z przymrużeniem oka (Daniel)

Rozstaliśmy się we łzach.

Po burzliwym romansie, trzeba było stawić czoła bolesnej rzeczywistości. Nieważne, ile czasu ze sobą spędziliśmy, jak wiele frajdy razem mieliśmy, regał nie jest z gumy. Nie tak, jak moje serce.

 

Spakowałem grę najlepiej, jak potrafiłem. Szkoda, że nie dało się wymościć pudełka bąbelkami perlistego śmiechu, wyściółką wesołych wieczorów, opatulić skrawkami radośnie straconego czasu. Kiedy zaklejałem paczkę, wydało mi się, że słyszę dobiegający ze środka urywany szloch. A może to był maniakalny rechot? 

Small World tak ma.

Kiedy patrzy się na tę grę przez pryzmat wykresu hot & crazy, to brakuje skali.

smallworld4
fot. Joanna Caryk Photo

 

Doskonale zapamiętuje się ten moment, kiedy flirt zamienia się w coś poważniejszego i już nie ma odwrotu, teraz trzeba ze sobą chodzić. Small World wydawał się materiałem na co najwyżej kilka niezobowiązujących randek. Typowy wieczór z grą pozornie wyglądał dość typowo. Siedzimy ze znajomymi przy stole, podśmiewujemy się z jajcarskich kombinacji ras oraz umiejętności.

Dyplomatyczne Trolle, dobre sobie!

Chwilę móżdżymy, która rasa ma największy potencjał area control, ale bez spinki, bo Zamożne Ludzie są trochę jak baba z Radomia. Potem wyrywamy sobie z rąk skrawki planszy, jak najlepsze kawałki pizzy i liczymy zarobioną na podbojach kasiorę, której zawsze jest podejrzanie za mało względem naszych imperialnych ambicji. Wreszcie przychodzi nieunikniona chwila, kiedy trzeba porzucić aktywną rasę, wymrzeć ją w zapomnienie i związać się z takimi Warownymi Olbrzymami, bo oferują nadzieję na chwilową stabilizację. Jaki ten Small World regrywalny już w pojedynczej partyjce.

 

Nagle patrzysz grze w oczy, w przebłysku zaskakującej emocji widzisz głębię, której nikt inny nie dostrzega. Przecież dla ciebie to wymieranie wesoło ilustrowanych ras na kolorowej planszy jest bardzo przystępnym streszczeniem historiozofii Arnolda J. Toynbee’go z całym monumentalnym, kilkutomowym bagażem cyklu życia imperiów, skompresowanym na kilku stronach instrukcji. I już między wami klika. Jesteście parą.

smallwolrd_rasy1
fot. Joanna Caryk Photo

 

Kiedy jesteś uwikłany w niebezpieczny związek z grą, której branie na serio może grozić utratą przyjaciół, kilka rzeczy chciałbyś zmienić. Zaczynasz przeliczać wartość każdej rasy w potencjalnych nabytkach terytorialnych i zarobionych monetach. Z rozmysłem wybierasz ofiary swojego fantazyjnego blitzkriegu licząc bilans zysków i strat. Niepostrzeżenie zamieniasz się w planszowego księgowego. Kiedy mija fatalne zauroczenie, widzisz, że bardzo często, w sprzyjających okolicznościach, konkretna kombinacja rasy i umiejętności gwarantuje komuś instawin i niekoniecznie ma się na to realny wpływ. Może nadszedł czas, żeby coś zmienić w naszym związku? Na przykład wprowadzić trochę, sam nie wiem, balansu?

Balans? Jaki balans? Small World nie ma balansu. Small World nie potrzebuje balansu! Tak jak miłość.

Wybieram Latające Amazonki, które dysponują specjalnym komandem tylko do podbojów i zrzucam je wrzeszczące ile sił w płucach: „Get to da choppa!” prosto na głębokie tyły przeciwników, żeby kopały tyłki i żuły balonówę. Za chwilę rzucą się na nie Plądrujący Orkowie, spuszczą bęcki, zabiorą kieszonkowe i portmonetki z torebek jednocześnie. Z głębokich krypt, gnijących katakumb już wypełzają Uduchowione Ghule, które zaleją planszę plagą nieumarłych. Ale poczekajmy na Oszalałe Niziołki, Bilba też w Mordorze lekceważyli.

 

Small World powraca z otchłani nostalgii pozornie ustatkowany, obarczony gromadką dodatków, odmieniony rozszerzeniami, uwikłany w toksyczny związek z ikoną cyfrowej popkultury i od progu zagrywa kartę „szalonej ex” ze starych, dobrych czasów. 

Serio? Po tylu latach? Kiedy area controlki mają tony figurek wielkości kota, kilkutomowe instrukcje, a do grania potrzebują lotniska, ty przychodzisz z żetonikami i jakimiś łączonymi płytkami? Stary! Gdzieś ty się podziewał przez te wszystkie lata? Ty masz pojęcie, ilu ludzi jeszcze w ciebie nie grało?! Rozkładaj się na byle stołku, a ja skombinuję kumpli do grania. Będą jaja.

smallworld3
fot. Joanna Caryk Photo

 

Small World jest jak letnie zauroczenie. Niby takie nic, a robią o tym filmy z Patrickiem Swayze i żadna siła ci z głowy nie wyegzorcyzmuje tej piosenki:

„I’ve had the game of my life…”

 Dirty Gaming.

 

Dogłębnie wzruszony składam podziękowania wydawnictwu  rebel, bez którego serce by mocniej nie zabiło.

/Daniel/