Kilka Fajnych Gier – o Francji

Bonjour à tous ! Witamy w naszym kolejnym zestawieniu geograficzno-planszówkowym. Dzisiaj czas na Francję – odwiedzimy oczywiście stolicę, ale zawitamy również do Szampanii i Normandii. Zafundujemy Wam też podróż w czasie – przeniesiemy się do średniowiecza, aby następnie wykonać skok w czasy przełomu XIX i XX w. i wrócić do współczesności.

Na tym jednak nie koniec: oprócz naszych recenzentów (Marysi, Oli i Grześka) na naszych łamach wystąpi również gościnnie Pełna Para, czyli Iwona i Adam, którzy przedstawią nam jeden z tytułów. Zapraszamy do lektury!

Gdyby przyrównać nasze planszowe zbiory do winnej piwniczki, tytuły opatrzone etykietą 2010-2011 bez wątpienia zachwyciłyby niejedno podniebienie wytrawnym, lecz wciąż niezwykle świeżym smakiem. I trzeba przyznać, że byłoby to porównanie całkiem trafne, wszak zarówno Burgundia, jak i Szampania, słynną z wyrobu najwyższej klasy trunków, a fakt że uszlachetniającej obróbce poddano tu nie winne grona, a doskonale wszystkim znane kostki k6, jest zaledwie drobnym detalem… W porządku, być może nieco przesadzamy, po tylu latach najpewniej planszówki niczym wino musujące całkiem już uderzyły nam do głowy, ale jak tu nie odpłynąć choć na chwilę, kiedy przypada w udziale zadanie opisania jednej z absolutnie ulubionych eurogier – takiej, która samym już tytułem nawiązuje do historycznej stolicy Szampanii – Troyes.

Kiedy po latach wspominam, co przykuło naszą uwagę do Troyes na myśl natychmiast przychodzą dwie, równie istotne kwestie – intrygujące wykorzystanie kostek oraz nietuzinkowa oprawa. Trudno mi w tym momencie powiedzieć, co ostatecznie zadecydowało o zakupie, ale mogę przysiąc, że ani jedno, ani drugie nie zestarzało się nawet o dzień.

Spoglądając na dzieło belgijskiego tria przez pryzmat mechaniki dostrzeżemy tytuł skupiony w niemal stu procentach na zarządzaniu i manipulacji pulą kości (tak własnych, jak i przeciwnika), a doprawiony elementami dość nietypowego worker placementu. Sercem rozgrywki Troyes jest maksymalizowanie profitów z każdego wykonanego rzutu, co odbywa się poprzez aktywację szeregu dostępnych w danej partii zdolności, oferowanych przez karty mieszczan. Tu coś przerzucimy, tam obrócimy, zamienimy miejscami, dodamy oczka do wyniku, podkupimy przeciwnikowi, a wszystko to po to, by ostatecznie uzyskać jak najwięcej punktów, realizując po drodze tak jawne, jak i ukryte cele. Na drodze do zwycięstwa – poza przeciwnikami – staną nam liczne, nieprzychylne wydarzenia, a gdyby i tego było mało, to co rundę każda z kostek kosztować będzie nas cenne denary – wszak przysługi mieszczan, duchowieństwa i dzielnych rycerzy nie są darmowe!

I tak przez kilka rund będziemy przepychać się po planszy, próbując nie tylko zdobyć interesujące nas kości (na poczet przyszłych rzutów), ale też wykrzesać z tychże jak najwięcej, nie dając się przy tym oskubać przez oponentów. Troyes – co jak na grę euro może zaskakiwać – kipi od negatywnej interakcji, co prawdopodobnie przysporzyło grze tyluż fanów co przeciwników. Podobnie zresztą, jak wspomniana wcześniej oprawa graficzna, której specyficzny, nieco surowy styl idealnie oddaje ducha epoki, ubarwiając planszę oraz karty ilustracjami rodem z XII wieku. My zdecydowanie zaliczamy się do tej pierwszej grupy, stawiając Troyes na wysokich pozycjach osobistego TOP najlepszych gier tak z Francją, jak i z kostkami w tle.

IWONA WEBER-SŁOWIŃSKA I ADAM SŁOWIŃSKI – czyli Pełna Para; planszówkowi pasjonaci i entuzjaści; od ponad 10 lat recenzenci gier planszowych; twórcy bloga oraz podcastu na platformie ZnadPlanszy

Zbrodnia ma w sobie coś przyciągającego – wiadomości o zabójstwie mają największą klikalność, literatura kryminalna też dobrze się sprzedaje. Coraz więcej pojawia się też przeróżnych gier, w których zadaniem graczy jest rozwiązanie zagadki. Nie ukrywam, że cieszy mnie ten trend, bo chętnie sięgam po tego typu gry i wcielam się w rolę śledczych Scotland Yardu, prywatnych detektywów czy też przypadkowych osób zamieszanych w wydarzenia – czy to przeglądając karty, wertując książkę, czy – jak w tym wypadku – posiłkując się aplikacją na telefon.

Niedawno dzięki Kronikom Zbrodni 1400 mieliśmy przyjemność rozwiązywania spraw toczących się w średniowiecznym Paryżu. Jako Abelard Lavel, obdarzony proroczymi wizjami rycerz, któremu udało się rozwiązać kilka spraw, jesteśmy przez mieszkańców proszeni o pomoc w odnalezieniu zaginionych osób, przedmiotów lub zabójców. Znany nam z klasycznych Kronik Zbrodni mechanizm skanowania kart osób, lokacji oraz przedmiotów został zachowany. Dzięki temu przemieszczamy się w różne części Paryża i rozmawiamy ze znajdującymi się tam osobami, pytając je o inne osoby bądź o przedmioty znalezione na miejscu lub wymienione we wcześniejszych rozmowach.

Osadzając grę w średniowieczu nie można było zaproponować usług specjalistów, do których możemy w każdej chwili zadzwonić albo podesłać materiał do badania. Nie jesteśmy jednak zdani tylko na siebie. Kiedy potrzebujemy dodatkowych informacji, możemy wrócić do domu i skorzystać z wiedzy członków naszej rodziny. Brat, który jest szpiegiem na usługach króla, wie niejedno na temat mieszkańców Paryża. Siostra, jako kupiec, potrafi dużo powiedzieć na temat przedmiotów, natomiast stryj – mnich – chętnie pomoże nam w interpretacji ksiąg i dokumentów oraz wyjaśni kwestie religijne. Cały czas możemy też zdać się na węch naszego wiernego towarzysza – psa Percevala, dzięki któremu możemy wytropić osoby lub znaleźć ukryte przedmioty.

Kroniki Zbrodni 1400 to jednak nie tylko szukanie poszlak, aby znaleźć rozwiązanie. W trakcie gry podejmujemy również decyzje, które mają wpływ na tok wydarzeń i w zależności od tego, czy komuś pomożemy, znajdziemy poszukiwany przedmiot albo czy opowiemy się po jednej lub drugiej stronie, historia potoczy się tak lub inaczej. Już się cieszę na kolejne części trylogii Milenium, również rozgrywające się w Paryżu – tym razem w latach 1900 i 2400. Ciekawa jestem, jakie rozwiązania tym razem zaproponują twórcy.

Montmartre to jedna z najsłynniejszych dzielnic Paryża. Stare kamienice ciągną się wzdłuż krętych i ostro wznoszących się brukowanych uliczek, a długie schody łączą wąskie przejścia między ulicami. Niegdyś było to centrum rozrywki miasta. To tu bohema artystyczna miała swoje miesjce. W Montmartre tworzyli między innymi Picasso, Renoir czy Modigliani.

Montmartre autorstwa Floriana Sirieix (w Polsce wydało wydawnictwo Hobbity) to gra karciana, w której malujemy obrazy, przekazujemy je marszandowi, a ten sprzedaje je kolekcjonerom. W grze tworzymy dzieła w kilku stylach malarskich. Każdy z kolekcjonerów lubi wybrany styl i tylko obrazy tego typu będziemy mogli mu sprzedać. Nasze dzieła mają rózne stadia tworzenia. Te z niższymi numerami to zaledwie szkice, te z wyższymi to prawie skończone obrazy. Kolekcjonerzy łakną zawsze jak najbardziej dopracowanych dzieł, więc będziemy oddawać im te namalowane o najwyższych numerach. Nasz marszand, Ambroży Vollard, odwiedza jednego z odbiorców, ale gdy ten kupi obraz, to następny artysta będzie musiał poczekać, aż kolekcjoner znów będzie chętny na zakup kolejnego dzieła.

Malujemy obrazy, tworząc kolejne ich stadia, ale jako świetni artyści, możemy sprawdzić się we wszystkich stylach. Od nas tylko zależy co chcemy tworzyć i któremu kolekcjonerowi oddawać nasze prace. Jako twórcy żądni jesteśmy sławy, a więc będziemy zabiegać o kontrakty w gazetach, które opiszą nasze dokonania. Jeśli natomiast wytworzymy zbyt dużo dzieł i nie uda nam się ich przekazać kolekcjonerom, wówczas musimy sprzedać je prawie za bezcen zwykłym ludziom. Ale nie szkodzi, każdy grosz się liczy. W końcu wygrać można też gdy uzbiera się 15 franków.

Gra jest szybka, pozwala w przyjemny sposób spędzić czas w gronie rodziny czy znajomych. Krótkie, nieskomplikowane zasady, ładnie ilustrowane karty, minimalna negatywna interakcja, to zdecydowanie atuty tej gry. Na początek wieczoru lub jego zakończenie, jako przerywnik między cięższymi tytułami lub gdy w ciągu dnia mamy chwilę i ochotę na szybką partyjkę. Montmartre to gra dla każdego.

Gra Uwe Rosenberga przenosi nas na północ Francji, do tytułowego miasta portowego, gdzie przyjdzie nam handlować towarem, stawiać lub kupować budynki, budować statki, załadowywać je towarem i puszczać w świat… pamiętając (co oczywiste u Rosenberga), że jeść należy regularnie, a tu dodatkowo – z rundy na rundę coraz obficiej. 

Każda tura stawia nas przed ciekawym wyborem – pozyskiwać surowce czy wykonywać akcje specjalne. I o ile na początku każda drewniana belka, każda żelazna sztaba wydaje nam się atrakcyjna, o tyle w kolejnych rundach znacznie istotniejsze staje się zaplanowanie optymalnej sekwencji przetwarzania naszych dóbr, by zmaksymalizować zyski z ich sprzedaży, lub też by było nas stać na budowę lub zakup jak najcenniejszych budynków – a to dlatego, że naszymi punktami zwycięstwa jest zgromadzony majątek.

Le Havre to worker placement z ciekawym twistem. Otóż budynków, które stawiamy (czyli dodatkowych pól akcji) nie dostajemy na wyłączność, lecz są one dostępne również dla pozostałych graczy – oczywiście za zapłatą, choć często jest ona raczej symboliczna, o ile jakakolwiek. To rodzi dodatkowe, ciekawe sytuacje nad stołem, bo czasami zależy nam na tym, żeby ktokolwiek, nawet któryś z przeciwników, kupił dany budynek i umożliwił pozostałym wykonanie dodatkowego typu akcji.

Gra nie grzeszy urodą – nie jest to najwybitniejsze dzieło Klemensa Franza – jednak mechanicznie nadrabia wszelkie braki i spłaca z nawiązką kredyt zaufania, który się jej daje. Gorąco polecam.

* * *

Na tym kończymy naszą dzisiejszą podróż. Jak zwykle zapraszamy na naszą grupę Na dzień doGRY, na doGRAnoc…, gdzie poszukamy wspólnie kolejnych gier osadzonych we Francji. A dokąd ruszymy w dalszą podróż? Dowiecie się już za dwa tygodnie. Do zobaczenia!