Trzy po trzy – Sen

W ramach „Trzy po trzy” ogrywamy grę przynajmniej 9 razy, a po każdych trzech rozgrywkach spisujemy nasze wrażenia. Czy gra, która zachwyciła nas od samego początku, nie zaczyna szybko się nudzić? A może odwrotnie – po pierwszych niezbyt entuzjastycznych rozgrywkach w kolejnych zaczynamy odkrywać coś więcej?

Po pierwszych trzech rozgrywkach

O grze Sen wydawnictwa Nasza Księgarnia słyszałam już od jakiegoś czasu, zanim udało mi się w nią zagrać.  Celem jest „wyśnienie” snów, w których będzie jak najmniej kruków. Na każdej karcie symbolizującej odwiedzane przez nas podczas sennych marzeń krainy możemy mieć tych kruków od zera do dziewięciu. Jak to jednak ze snem bywa – nie wszystko z niego pamiętamy, dlatego z czterech otrzymanych na początku kart znamy tylko dwie. Przy odrobinie szczęścia możemy trafić na kartę pozwalającą podejrzeć kolejne albo możemy ryzykować, podmieniając je na nowo dociągnięte. Jeżeli na początku własnej tury mamy wrażenie, że nasz sen zawiera najmniej kruków, możemy powiedzieć „Pobudka!” i wtedy wszyscy gracze odwracają swoje karty i sumują zapisaną na nich liczbę kruków (czyli punktów, których chcemy zdobyć jak najmniej). Rozgrywkę powtarzamy, aż któryś z graczy zdobędzie 100 punktów, a wygrywa oczywiście gracz, który zdobył najmniej kruków. Gra bardzo prosta w tłumaczeniu i w miarę szybka do rozegrania. Przy pierwszych wrażeniach aż się prosi, żeby wspomnieć o pięknych kartach z ilustracjami Marcina Minora, choć przyznaję, że nie były one dla mnie zaskoczeniem, ponieważ wielokrotnie zachwycałam się tymi kartami na zdjęciach. Przy pierwszym kontakcie „na żywo” byłam zdecydowanie na tak i gra trafiła na listę do kupienia.

Po sześciu rozgrywkach

Kiedy córka dostała Sen w mikołajkowym prezencie, oczywiście chciała w kółko grać tylko w tę grę, co nieco zmniejszyło nasz entuzjazm. Według instrukcji długość rozgrywki można zmieniać w zależności od potrzeb – na przykład określić inną liczbę punktów do zdobycia albo rozegrać konkretną liczbę rund. Gdyby nie było takiej sugestii, to i tak prawdopodobnie wprowadzilibyśmy tę zasadę na nasze potrzeby. W praktyce najczęściej ustalaliśmy, że rozegramy 6 rund. Zaletą Snu jest wprowadzenie kilku propozycji dla urozmaicenia podstawowej rozgrywki – szybko przeszliśmy na wariant „Wiem, co mam”, który daje trochę większą kontrolę nad kartami. Jeżeli gracz jest pewny, że ma w swojej krainie dwie identyczne karty, może przed wykonaniem ruchu wskazać je i powiedzieć głośno, co tam jest. Jeżeli zrobi to poprawnie, obie odrzuca i dociąga na ich miejsce jedną kartę (bez podglądania), jeśli natomiast się pomyli, to obie karty zostają, a za karę gracz musi dobrać piątą. Stwierdziliśmy, że w podstawowy będziemy grać tylko dla wprowadzenia nowych graczy, a nawet wtedy najczęściej tylko przez jedną lub dwie rundy, a potem wprowadzamy urozmaicenie.

Po dziewięciu rozgrywkach

W instrukcji przewidziane są jeszcze dwa warianty, które na oko wydały nam się niezbyt atrakcyjne, ale postanowiliśmy je również wypróbować – oba wprowadzają dodatkową porcję ryzyka. „Nie takie kruki straszne” pozwala graczowi, który zgromadził najwięcej kart z 9 krukami, nie liczyć ich na końcu rundy. Nie działa to jednak w przypadku remisu, więc trzeba uważnie obserwować ruchy innych graczy. Jeszcze bardziej ryzykowny jest wariant „Idź na całość!” – tam gracz, który w swoim śnie ma wyłącznie krainy z 9 krukami, dostaje na końcu 0 punktów, a wszyscy pozostali do swojego wyniku dodają po 50. W tej wersji rozgrywka skończyła się po dwóch rundach, a różnica między pierwszym a ostatnim miejscem wyniosła 106 punktów. Dla dzieci było to zniechęcające, ale starszym graczom, którzy lubią nutkę hazardu, ten wariant może odpowiadać. Obie wersje okazały się ciekawsze niż pierwotnie zakładaliśmy, ale naszą ulubioną pozostaje „Wiem, co mam”. W Sen graliśmy praktycznie w każdym składzie osobowym (czyli od 2 do 5 graczy) i w każdym w miarę się sprawdza. W 2-3 osoby zazwyczaj staramy się zejść do maksymalnie kilku kruków w swoich krainach, w większym składzie nie ma co na to liczyć i czasem warto zaryzykować pobudkę przy kilkunastu punktach licząc, że inni mają ich jeszcze więcej.

Nie jest to gra, w którą potrafimy grać bez końca i jeśli chodzi o preferencje dorosłych członków naszej rodziny, to na pewno jest wiele tytułów, w które chętniej gramy. Kiedy jednak mamy ochotę na coś w miarę krótkiego i lekkiego, często sięgamy właśnie po nią. Nasze dzieci szybko zaraziły tą grą innych i wielokrotnie wyjmowały Sen i grały bez nas, a gra trafiła na listę życzeń u kilku osób i u nas też zdecydowanie zagości na stałe.

Dodaj komentarz