Kilka Fajnych Gier – szybkie karcianki

Czas wakacji to czas urlopów, wyjazdów, wspólnego spędzania czasu w plenerze, odwiedzin dawno niewidzianych znajomych. Jeśli pogoda dopisuje, czasu na planszówki może być niewiele. Co nie oznacza, że o nich zapominamy. Ale chyba jednak częściej niż po ciężkie eurasy, sięgamy po szybkie karcianki – bo i wytłumaczyć nowym graczom łatwiej, rozgrywka jest bardziej dynamiczna, a i zagrać rewanż zdążymy… Zapraszamy zatem na przegląd kilku fajnych i szybkich karcianek.

W czasach licealnych i studenckich praktycznie na wszystkie wyjazdy zabieraliśmy UNO – na początku były to egzemplarze przywożone z zagranicy, bo w Polsce nie można było tej gry dostać. Zasady ewoluowały i w pewnym momencie przed rozgrywką trzeba było się upewnić, czy wszyscy grają na tych samych. Teraz mamy taki wybór gier, że najczęściej nawet na krótkie wyjazdy zabieramy ich kilka. Ostatnio zagościła u nas kolejna, która już z racji samych ilustracji trafiła w krąg zainteresowań mojego męża – miłośnika komiksów Janusza Christy.

Kajko i Kokosz: Szkoła Latania to jedna z dziesiątek gier, w których posługujemy się kartami o różnych wartościach liczbowych (tu akurat od 1 do 13), a naszym celem jest zebranie jak najmniejszej liczby kart ze stołu. Po kolei musimy wykładać karty bądź zestawy kilku identycznych kart, których wartość przewyższy to, co dał nasz poprzednik. Kto nie może niczego dołożyć, zbiera cały stos. W ten sposób można grać z młodszymi graczami i przy okazji ćwiczyć liczenie. W pełnym wariancie na początku losujemy dodatkowe umiejętności, które pomogą nam „wznieść się wyżej” niż nasi przeciwnicy poprzez szczególne zasady dokładania kart (np. możliwość wyłożenia trzech kolejnych kart zamiast identycznych albo dowolnej liczby kart o wartościach nie większych niż 5), czy też dwukrotnie uniknąć zbierania kart ze stosu albo zmniejszyć o połowę liczbę punktów ujemnych. Żeby nikt nie był uprzywilejowany lepszą „umiejką”, rozgrywa się tyle rund, ilu jest graczy, po każdej przekazując żeton specjalnej mocy osobie po lewej. Po rozgrywkach w różnych składach osobowych widzimy, że niektóre moce lepiej się sprawdzają w większym gronie, a inne świetnie działają nawet przy graniu we dwoje.

Niby to tylko talia kart i kilka żetonów, ale nie wiem, czy to postacie z komiksów, do których mamy sentyment, czy po prostu urok samej gry sprawiają, że chętnie po nią sięgamy (albo raczej sięgaliśmy, bo teraz dzieci zgarnęły nam ją na wakacje).

Małych karcianek nigdy za wiele. Dzięki swoim niewielkim rozmiarom wygodnie jest je zapakować do plecaka, torebki, kieszeni i wtedy można grać gdziekolwiek. Gdy gra jest niezależna językowo, to sprawdzi się w każdym towarzystwie. W moich zbiorach jest naprawdę bardzo dużo fajnych karcianek, ale dzisiaj napiszę Wam parę słów o Truciźnie, grze wydanej przez wydawnictwo G3 (które słynie z takich małych karcianek, swoją drogą).

W Truciźnie wcielamy się w rolę uczniów alchemika i będziemy warzyć mikstury. W grze występują karty w czterech kolorach: czerwony, niebieski, fioletowy i zielony. Na stole będziemy tworzyć trzy jakby kociołki, z których każdy przyjmuje inny, jeden kolor składników. Wyjątkiem są karty zielone, które oznaczają truciznę – można je dorzucać do dowolnego kociołka. Staramy się pozbyć kart z ręki i dokładać je do kociołków tak, aby nie przekroczyć wartości 13. Osoba, która dodała do kociołka kartę powodującą przekroczenie pechowej liczby, zabiera zawartość kociołka (z wyjątkiem karty przepełniającej). Zebrane karty dają nam punkty, ale niestety ujemne. Jeśli kart któregoś koloru mamy więcej niż pozostali gracze, to jesteśmy na tę miksturę odporni i za te karty nie zbierzemy kary. Jednak każda karta trucizny jest dla nas szkodliwa. Lepiej więc jest, gdy to inni zbierają zielone karty ;).

Gra trwa kilka rund, a wygrywa ta osoba, która ma najmniej ujemnych punktów. Rozgrywka jest dość szybka i emocjonująca. Negatywna interakcja wylewa się z gry jak trucizna z kociołka. Oczywiście gra jest losowa i pewnie dlatego dostarcza sporych emocji. Nigdy nie wiadomo, czy uda nam się wcisnąć truciznę przeciwnikowi i czy sami zdołamy się uodpornić na któryś rodzaj mikstury.

Myśląc o szybkiej karciance momentalnie nasunęły mi się wspomnienia ze spotkań Klubu Gier Planszowych Czwartkowe Rozdania, gdzie swego czasu bardzo popularna była gra Reinera Knizii – Bankrut. Rozgrywka wprowadza nas w iście jarmarczny klimat. Musimy wymieniać się kartami przedstawiającymi 9 różnych rodzajów towarów. Robimy to szybko, głośno i z dużym skupieniem. Smaku i eskalacji emocji nadaje fakt, że jeden z towarów będzie powodował straty punktów. Karta reprezentująca ten towar leży na środku stołu, ale w czasie rozgrywki bardzo dynamicznie zmienia się, ponieważ każdy kupiec może ją zgarnąć, wymieniając na jedną ze zbędnych kart ze swojej ręki. 

Z całą pewnością jest to szybka karcianka i jeśli gracze potrafią wczuć się w klimat prawdziwego targowiska jest naprawdę głośno. Podejrzewam, że nie każdemu może to odpowiadać, jednak w naszym klubie miała bardzo dużą popularność, co skłania mnie do zachęcania Was, aby przynajmniej spróbować choć raz zagrać.

Lubicie List Miłosny? O to, czy znacie, nie pytam, bo podejrzewam, że ogromna większość czytających zetknęła się z tą sprytną karcianką przynajmniej raz. 

Talia 16 kart, kilka akapitów zasad i ogromna regrywalność. Kto przechytrzy pozostałych? Kto kogo wywiedzie w pole? Kto zaryzykuje, by wygrać? A kto metodycznie będzie liczył prawdopodobieństwo i okaże swój geniusz analityczny? List Miłosny to naprawdę dobrze pomyślana karcianka. 

Jedyne co mnie od tej gry nieco odstręcza, to jej tematyka – śledztwo w sprawie listu miłosnego, który otrzymała księżniczka…. serio? Na szczęście gra jest na tyle popularna, że twórcy poszli sprawdzoną drogą wyznaczoną przez Monopoly i zafundowali nam dziesiątki wersji tematycznych tego tytułu. Wśród nich jeden zwrócił moją szczególną uwagę – Lista Skarbów, czyli List Miłosny w universum Munchkina. I jak to Wam teraz brzmi? Nie ma już Księżniczki, tylko Kupa Skarbów, Książę to teraz Troll (forumowy troll, gwoli ścisłości), Hrabina to Smok (Plutonowy), a Kapłan to Młotomysz z Marsa.

Lista Skarbów to naprawdę udana adaptacja popularnej mechaniki do innego settingu. Warto go wypróbować, zwłaszcza jeśli tematyka oryginalnego Listu Miłosnego wieje dla Was nudą…

* * *

I to już wszystkie nasze propozycje – mamy nadzieję, że umilą Wam wakacyjne wyjazdy, a może i po powrocie do domu z letnich wojaży chętnie do nich wrócicie. Jeżeli jednak czujecie pewien niedosyt, zapraszamy na naszą grupę na Facebooku – Na dzień doGRY, na doGRAnoc… – wspólnie poszukamy tam kolejnych tytułów.

Dodaj komentarz